TRANCEFUSION - POWER OF ELEMENTS | WeLoveTrance.pl
 


 
strona główna  



TRANCEFUSION - POWER OF ELEMENTS

TRANCEFUSION! Ta impreza z pewnością zasługuje na soczysty wykrzyknik na końcu swojej nazwy. Wydarzenie zorganizowane z pompą i przepychem nie tylko wizualnie, ale przede wszystkim muzycznie. Bardzo trafiony podział scen spowodował, że gdziekolwiek się nie poszło, tam można było nacieszyć ucho.



Nie jest chyba wielkim zaskoczeniem, że pod względem wystroju i efektów organizatorzy skupili się na scenie głównej. Oświetlenie, dźwięk, pokazy wizualne, występy tancerzy świetnie ze sobą współgrały. Zdecydowanym minusem były sekundowe przerwy w dźwięku od czasu do czasu. Można zgadywać, że problem tkwił w kablach i niestety przez całą noc nikt z obsługi technicznej nie naprawił tej usterki. Klubowicze jednak zdawali się nie zwracać na to uwagi. Scena Johan Gielen and Friends również nie zawiodła, gdyż jej mały rozmiar przysłużył się klimatowi typowo klubowemu, gdzie miłośnicy trance czuli się jak jedna wielka rodzina.



ReOrder, Thomas Coastline, Estiva oraz Beat Service, czyli artyści którzy występowali na scenie głównej na początku imprezy, zagrali klimatycznie jak na warm-up przystało. Jeśli mam oceniać energię płynącą z występów tych panów, to Estiva byłby zwycięzcą. Beat Service zagrał w swoim stylu, a zatem raczej spokojnie i wolno (biorąc pod uwagę obecną popularność tempa 140 bpm). Dlatego pod względem kolejności w line upie Estiva brzmiałby lepiej o godz. 21.00. Oba piętnastominutowe występy Christiana Burnsa wypadły dobrze. Określam je tak prostym przymiotnikiem dlatego, że wokalista niczym nie zaskoczył. Zaśpiewał kilka znanych wszystkim kawałków, jak choćby utwór Tiesto "In the Dark", co na pewno pomogło w interakcji z publicznością, ale poza tym niczym nie zaciekawił. Jeśli chodzi o Solarstone, to przyznam szczerze, że jest to osobliwy przypadek. Z pewnością Richard ma swój ogromny wkład w historię muzyki trance i od lat ma swój unikatowy styl. Jako artysta promuje pojęcie "pure trance", czyli trance w czystej postaci. Jednak czy słychać to w jego setach? Nie jestem przekonana. Cóż, dla jednych niepowtarzalny artysta, a dla innych jeden z wielu, ocenę jego występu zostawiam Wam.



Niemałe zamieszanie wywołał set Andrew Rayela. Ten młody producent zyskał sławę głównie dzięki ogromnemu suportowi ze strony Armina van Buurena. Porównując jego występ na Summer City 2012 (WeLoveTrance.pl przeprowadziło z nim wtedy wywiad) z tym na kwietniowym Trancefusion widać, jak artysta dojrzał i nabrał pewności siebie. Set jak najbardziej na plus, choć w track listę wkradło się trochę big roomu. Andrew, podobnie jak Armin, wręcz roznosił konsoletę swoją pozytywną energią, co oczywiście udzieliło się publiczności. Brawa dla niego, oby tylko popularność nie zawróciła mu w głowie. Ciekawa byłam występu BT i trochę się jednak rozczarowałam. Artysta zagrał przyjemnie, można nawet powiedzieć, że z mocniejszym uderzeniem, jednak ogółem jego set nie zapadł mi jakoś szczególnie w pamięć.



O 00:40 przyszła pora na główną gwiazdę wieczoru, czyli Ferry Corsten. Co można powiedzieć o jego secie? Przyzwoity. Nic innego nie przychodzi mi do głowy. Natomiast występy od godz. 2.00 do końca imprezy można określić tylko jednym słowem – ogień! Istna uczta dla miłośników 138-140 bpm. B2B Aly & Fila i John O’Callaghan był naprawdę świetnym pomysłem. Panowie zaprezentowali się od najlepszej strony i pomimo, że każdy zachował swój styl, to całość wspaniale ze sobą współgrała. Duet Ferry Tayle i Manuel le Saux pozytywnie zaskoczył. Podczas gdy artyści kojarzeni są z pięknymi, żeby nie powiedzieć delikatnymi melodiami, w Pradze dali popis energicznych rytmów. Nieco słabiej, choć też szybko i mocno, można określić drugą połowę seta Seana Tyasa oraz występ Johna Askew.



O scenie Johana Gielena nie ma za wiele do pisania. Nie dlatego, że była kiepska pod względem muzycznym. Wręcz przeciwnie! Artyści tam występujący nie zwalniali ani przez chwilę prezentując mnóstwo klasyków, a jak wiadomo dobry klasyk nigdy nie jest zły. Nie ukrywam, że bardzo często spotykałam się z opinią, iż scena Gielena powinna być sceną główną, ale to również postawiam już Waszej indywidualnej ocenie. Nie zapominajmy również o trzeciej scenie, na której swoje umiejętności i repertuar zaprezentowali laureaci European DJ Contest. Zdecydowana większość zwycięzców tego konkursu była czeskiego pochodzenia, ale Polska również miała swojego przedstawiciela w osobie Aquatic Simona. Gdyby ktoś mnie zapytał o klimat muzyczny panujący na tej scenie, odpowiedziałabym: różnorodny. O 20.00 Aquatic rozpoczął trance’owo, później jednak słychać było dubstep, big room, a nad ranem nawet hard style. W mojej ocenie był to pozytyw, bo w ostatecznym rozrachunku dochodziło się do wniosku, że na Trancefusion klubowicz z pewnością się nie nudził.

Tekst: Marta Waluś

 

 

    96 k | 192 k 96 k | 192 k 96 k | 192 k

Kontakt z serwisem Copyright © 2008 - 2012 WeLoveTrance  
statystyka